#jestemzłosiem i nie zgadzam się na jego odstrzał

Adam Ławnik
Polskie łosie nie mogą żyć w spokoju. Ministerstwo Środowiska, które wypowiedziało wojnę polskiej przyrodzie, otwiera właśnie nowy front. Jest nim przywrócenie polowań na łosie. Na zabijanie łosi, nie po raz pierwszy, naciska przedsiębiorstwo Lasy Państwowe, któremu te ssaki mają zjadać uprawy leśne. Z kolei wiceminister środowiska buduje atmosferę grozy i wskazuje na łosia, jako poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. A to dopiero początek absurdalnych zarzutów stawianych łosiom.

Łoś jest dziś niekwestionowanym symbolem polskiej przyrody. W naszym kraju był już doprowadzony na skraj wyginięcia. Potem, kiedy wrócił, ponownie zezwolono na odstrzał, co doprowadziło do drastycznego spadku jego liczebności. Zdaniem autorów „Strategii ochrony i gospodarowania populacją łosia w Polsce” z 2011 roku „dotychczasowe metody gospodarowania łosiem, które stosowano w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu XX wieku okazały się błędne i były poważnym zagrożeniem dla jego egzystencji. O ile w przypadku jelenia i sarny wysokie pozyskanie w latach 80. i 90. XX wieku doprowadziło do zmniejszenia pogłowia, to liczebność populacji łosia została niestety zredukowana o ponad 75% stanu i gatunkowi groziło w naszym kraju wyginięcie.” Stąd wprowadzono moratorium i zakazano odstrzału. Formalnie łoś pozostał gatunkiem łownym, ale nie można było na łosia polować.



Próby wznowienie odstrzałów łosia były forsowane już parokrotnie. Dzięki społecznej mobilizacji poprzedni minister środowiska wysłuchał jednak opinii publicznej i moratorium pozostało. Warunkiem do przywrócenia polowań na łosie miało być ich policzenie, z czym się nie zgadzałem, reprezentując wtedy stronę społeczną na spotkaniach poświęconych przyszłości łosia. Należy pamiętać, że łoś nie jest gatunkiem łatwo policzalnym, a stosowane przez leśników i myśliwych metody – pędzenia próbne i całoroczne obserwacje – są narażone na sztuczne zawyżenie wyników i są tak naprawdę szacunkami. Furtka - policzymy łosie, a potem pokażemy, że jest ich za dużo - pozostała szeroko otwarta. Po zmianie u sterów władzy, kiedy ministrem środowiska został myśliwy, który sięga po cytaty ze Starego Testamentu, aby usprawiedliwić wycinkę Puszczy Białowieskiej, stało się kwestią czasu ponowne otwarcie sprawy łosia. W zastępstwie szefa resortu uczynił to właśnie wiceminister Andrzej Konieczny. W czasie swojego wystąpienia, w dniu 8 czerwca 2017 roku, ogłosił otwarcie dyskusji na temat przyszłości łosia i ujawnił plany wznowienia polowań. Konieczny „ocenił, że łosie "wchodzą w konflikt z człowiekiem, gospodarką, z zapewnieniem bezpieczeństwa". "A władze publiczne zobowiązane są do tego, żeby zapewnić bezpieczeństwo". Co więcej stwierdził, że „naocznie widać, że łosi jest bardzo dużo”.

Ministerstwo nie bierze w tym przypadku pod uwagę badań naukowych, mnożąc łosie wspólnie z leśnikami – i twierdząc, że jest już ich 28 tysięcy. Takie dane mówią niewiele o łosiach. Nie sięga się przy tym po inne opracowania. Tymczasem okazuje się, że „dzięki danym telemetrycznym naukowcy ustalili również, że w ciągu całego roku spośród łosi żyjących nad Biebrzą może ginąć nawet co piąty osobnik. Częściej giną samce, których śmiertelność sięga 30-40 proc. (wśród samic jest to ok. 10 proc.).” Warto też pamiętać, że „najwięcej łosi pada w końcu zimy i na początku wiosny, kiedy - zwłaszcza po przedłużającej się zimie - zwierzęta są bardzo osłabione. Kolejnym okresem zwiększonej śmiertelności jest czas rui i jesiennych migracji, gdy zwierzęta giną z ręki kłusowników (poszukujących samców z porożem) oraz na drogach, w wyniku kolizji z autami.”

Wiceminister nie zna jednocześnie strategii ochrony i gospodarowania populacją łosia, na którą się tak ochoczo powołał mówiąc o optymalnym zagęszczeniu łosia. Konieczny stwierdził, że jeżeli jest minimum pięć łosi na tysiąc hektarów powierzchni leśnej i bagiennej „to można zacząć racjonalne użytkowanie łosia” czyli polowania. Strategia stwierdza zupełnie inaczej. Na znacznej części areału występowania łosia w Polsce jego zagęszczenia są mniejsze, niż szacowana optymalna wartość dla gatunku (7 – 8 os./1000 ha) oraz wartość pozwalająca na prowadzenie właściwej gospodarki (od około 5 os./1000 ha).

Podobne problemy z dokładnym określeniem liczebności miał wiceminister w kwestii zdarzeń drogowych z udziałem łosia. I znów popisał się brakiem elementarnej wiedzy, mówiąc, „że w latach 2010-2015 doszło w Polsce do 115 tys. kolizji, czyli zderzeń aut ze zwierzętami oraz 1,1 tys. wypadków, z czego 49 ze skutkiem śmiertelnym.” Tymczasem policja NIE prowadzi rozróżnienia na gatunek zwierzęcia, które brały udział w wypadku. Nawet obecny na tej samej co Konieczny konferencji komendant wojewódzki policji zastrzegał: "Nie prowadzimy jakichś odrębnych statystyk dla zdarzeń drogowych z udziałem łosia, wilka, jelenia, sarny itd. Te wszystkie zdarzenia, jakie mamy u siebie odnotowane, kwalifikujemy jako najechanie na zwierzynę, kolizję ze zwierzyną, zdarzenie ze zwierzyną, bez rodzaju zwierzyny." A jednak, zastępca Jana Szyszki przypisał wszystkie wypadki łosiom, chociaż nikt takiej wiedzy nie posiada. Konieczny nie wspomniał o skuteczności alternatywnych metod ograniczania kolizji poprzez wykaszanie poboczy. A zatem Ministerstwo Środowiska znów poszło na skróty i postanowiło jeszcze bardziej podgrzać atmosferę zagrożenia.

„- W tej chwili mamy sytuację taką, że giną ludzie, niszczone jest mienie i uważam, że władze publiczne powinny podjąć działanie w tym kierunku (przywrócenia odstrzałów - PAP) - powiedział Konieczny.” Jednocześnie winą obarcza poprzednią ekipę rządzącą.
Wiceministrowi wtórują Lasy Państwowe. „Niewątpliwie przyszedł czas, żeby się łosiem zająć - mówił zastępca dyrektora Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych (RDLP) w Białymstoku Andrzej Gołembiewski. Dodał, że na terenie tej dyrekcji w 2002 r. żyło 1,1 tys. łosi, a teraz prawie 8,3 tys. Z danych z prezentacji RDLP wynika, że w 2016 r. łosie zniszczyły ok 3,5 tys. ha leśnych upraw.”

Leśnicy upatrują w łosiu szkodnika. Chociaż mogliby grodzić leśne uprawy i minimalizować straty, bo ten zamożny koncern stać na to, prą ku odstrzałom, czego zapowiedzią są słowa wypowiedziane w Białymstoku. Skorzysta na tym oferta łowiecka nadleśnictw. Wielu leśników jest też myśliwymi. Trofeum z łosia będzie można znów legalnie zdobyć. Medalion z łosiem nad kominkiem, znajdzie wielu amatorów. Być może sprawa pójdzie dalej. W końcu dyrekcja Lasów Państwowych, chce ruszyć z własną siecią sklepów z dziczyzną. Już w 2014 roku resort środowiska motywował przywrócenie polowań poszerzeniem „wachlarza usług dla myśliwych z kraju i zagranicy”.

Zbliża się jesień i za kilka miesięcy znów będzie wzmożony sezon polowań. Do listy gatunków, na które pozwoli resort polować, może dołączyć łoś. Jak zauważył przedstawiciel Poleskiego Parku Narodowego, Radosław Olszewski, w rozmowie z Dziennikiem Wschodnim "strzelać do oswojonego z ludźmi łosia to tak, jakby strzelać do pasącej się na pastwisku krowy. Zanim te zwierzęta zaczną bać się człowieka minie dużo czasu. Do tej pory to nie będą polowania, ale rozstrzeliwanie tych zwierząt. (…) po zniesieniu moratorium odpowiedzialność za szkody wyrządzane przez łosie prawdopodobnie spadłaby na koła. A skoro tak, to można się spodziewać z ich strony intensywnych odstrzałów, aby te szkody minimalizować."

Odstrzały będą zagrożeniem dla unikalnej populacji biebrzańskiej łosia. To właśnie na terenie obecnego Biebrzańskiego Parku Narodowego łosie przetrwały najcięższe czasy, które wkrótce mogą znów wrócić. Nawet jeśli nie będzie polowań w parku narodowym, to w okresie zimowym łosie wychodzą poza jego granice, na obszary sąsiadujące z parkiem. Tam, nikt im ochrony już nie zapewni. Tymczasem łosie są dziś niewątpliwą atrakcją biebrzańskich bagien. Przyciągają turystów i generują zyski z tego tytułu. Więcej korzyści mamy z żywego łosia niż z łosia martwego.

Pozytywny wpływ łosia na przyrodę podkreślił doktor habilitowany Wiktor Kotowski z Centrum Ochrony Mokradeł. W swojej opinii adresowanej w 2014 roku do resortu środowiska potwierdził, że łosie pomagają chronić ekosystemy bagienne oraz siedliska i gatunki chronione. Żerowanie łosia ogranicza zarastanie bagien i zmniejsza potrzebę prowadzenia zabiegów koszenia. Przypomniał też, że szkody w uprawach leśnych można ograniczyć poprzez stosowanie grodzenia.

Resort Jana Szyszki wydaje się jednak trwać przy swoim i roztacza przed nami apokaliptyczną wizję, gdzie łosie naruszyły ład i porządek publiczny. Ministerstwo liczy na wsparcie sojuszników, traktujących przyrodę w kategorii wroga, którego trzeba za wszelką cenę ujarzmić, by czynić „ziemię im poddaną”.

Warto już teraz sprzeciwić się kolejnym ministerialnym planom. Każdy z nas może wziąć udział w akcji #jestemzłosiem. Ruszył apel wzywający do wpisania łosia na listę gatunków chronionych, pod którym zbierane są podpisy. Skoro ministerstwo zapowiedziało, że otwiera dyskusję w sprawie łosia powinniśmy zabrać głos już teraz. Znając obecną praktykę konsultacji ze społeczeństwem, zostaną one przeprowadzone w trybie natychmiastowym. Łoś jest naszą wspólną sprawą i obok Puszczy Białowieskiej oraz sprawy komercyjnego odstrzału żubra, powinien stać się kolejnym symbolem naszej niezgody na dewastację polskiej przyrody.
Trwa ładowanie komentarzy...