O bliskim krewniaku delfina i orki z Bałtyku

Dr Iwona Pawliczka, z prawej, polska badaczka morświnów, koordynatorka SAMBAH w Polsce.
Dr Iwona Pawliczka, z prawej, polska badaczka morświnów, koordynatorka SAMBAH w Polsce.
Pod apelem za ochroną morświna w Bałtyku podpisało się juz ponad 90 tysięcy osób. Jutro podpisy zostaną przekazane Ministrowi Środowiska. O morświnie, jego zwyczajach, zagrożeniach i przyszłości opowiada polska ekspertka, dr Iwona Pawliczka ze Stacji Morskiej Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego w Helu.

Co to jest bałtycki morświn?

dr Iwona Pawliczka: To morświn, należący do populacji żyjącej tylko w Morzu Bałtyckim. Bardzo już dzisiaj rzadki, skrajnie zagrożony wyginięciem przedstawiciel ssaków morskich, jedyny waleń żyjący w tym morzu. Gatunek blisko spokrewniony z delfinami, orkami i kaszalotem. Jest spośród nich najmniejszy. W naszych wodach rzadko dorasta do około 180 centymetrów. Wrażliwy na antropopresję, czyli presję ze strony człowieka. Teraz już krytycznie zagrożony wyginięciem. Bardzo nieliczny. Chroniony ściśle, ale nieskutecznie.



Od ilu lat morświny żyją w Bałtyku?

Morświny zasiedliły Bałtyk w okresie holoceńskiego Morza Litorynowego, około 7000 lat p.n.e, kiedy na skutek ustąpienia lodowca, słone wody Morza Północnego wlały się do istniejącego wówczas słodkowodnego Jeziora Ancylusowego. Od tego czasu Bałtyk nieprzerwanie pozostaje akwenem morskim, choć o nieco niższym zasoleniu niż w początkowej fazie istnienia. W tym samym czasie, obok innych gatunków morskich, w Bałtyku zamieszkały także foki szare.

A jak długo Stacja Morska Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego w Helu zajmuje się badaniem morświnów?


Swoje badania Stacja Morska rozpoczęła w 1988 roku pierwszą publikacją, w której podjęliśmy próbę zgromadzenia informacji na temat historycznego występowania morświnów w polskich wodach Bałtyku. Pierwsze takie próby podjął w latach 1950. prof. Andrzej Ropelewski, ale od tamtego czasu nie było już żadnej wiedzy o morświnach. W związku z tym Stacja rozpowszechniała także apel o dostarczanie informacji o spotkaniach z morświnami, co poskutkowało pozyskiwaniem od kilku do kilkunastu doniesień rocznie. Byliśmy zatem przekonani, że morświny wciąż żyją w naszych wodach, ale w porównaniu z danymi historycznymi nowych obserwacji jest niezwykle mało.

Czy jakaś inna polska placówka prowadzi badania naukowe w tym zakresie?

Długo byliśmy sami, prowadząc badania biologiczne, to jest określanie wieku morświnów, diety pokarmowej, czy analizy morfometryczne. Od początku podjęliśmy współpracę z ośrodkami zagranicznymi, ze względu na doświadczenie, które posiadały w badaniach ssaków morskich. W kraju współpracę podjęła z nami ówczesna gdańska Akademia Medyczna, prowadząca analizy intoksykacji tkanek morświnów. My zajęliśmy się między innymi diagnozą problemu zbyt wysokiej śmiertelności morświnów. Szczególną uwagę zwróciliśmy na przypadkowe usidlanie ich w sieciach rybackich, czyli tak zwany przyłów. Problem ten był długo, i właściwie jest dotychczas, ignorowany przez sektor rybacki, choć na skutek zobowiązań wynikających z rozporządzenia unijnego, podjął się on realizacji programu monitorowania tego zjawiska. Niestety, czynione jest to w bardzo ograniczonym, wręcz symbolicznym wymiarze. Tak nie da się oszacować skali zjawiska.

Dlaczego naukowcy wyróżniają populację bałtycką morświna? Czym różnią się osobniki do niej należące?

Populację, czyli zespół osobników tego samego gatunku, które się wzajemnie krzyżują determinuje geograficzny zasięg jej występowania, w tym przypadku Bałtyk. Taka populacja posiada swoją charakterystyczne cechy - liczebność, sezonowe rozmieszczenie, zagęszczenie, strukturę wiekową, okres rozrodu i wiele innych, w tym także różnice morfologiczne. Od innych może być izolowana wieloma przyrodniczymi barierami. Efektem tego jest na przykład jej genetyczna odmienność, budowa ciała, czy zdolność międzyosobniczej komunikacji. Są już wyniki badań, które część tych cech bałtyckich morświnów potwierdzają. Na przykład morświny bałtyckie wyróżniają się morfologicznymi parametrami swoich czaszek i w porównaniu do morświnów z sąsiadującej populacji z Cieśnin Duńskich są posiadaczami lekko „zadartych” pysków, co może się wiązać z przystosowaniem do pozyskiwania odmiennego pokarmu, składającego się głównie z ryb pelagicznych – ich duńscy sąsiedzi zdają się preferować poszukiwanie swoich ofiar przy dnie.

Gdzie przebiega granica między populacjami morświnów w naszym morzu?

Nie istnieje wyraźnie zdefiniowana granica. Pierwsze badania wskazywały, że granica ta powinna przebiegać mniej więcej według naturalnych granic geograficznych, tworzonych przez podwodne progi Darss w Niemczech i Limhamn w Danii, z pewną strefą przejściową, gdzie występują jednocześnie obok siebie osobniki z obu populacji. Wraz z dostarczaniem nowych danych, wydaje się, że wprawdzie zachodnia granica zasięgu populacji bałtyckiej powinna pozostać na tej linii, ale obszar, na którym spotkać można także morświny z Cieśnin Duńskich, sięgać może nawet rejonu między Rugią a Bornholmem.

Czy dochodzi do krzyżowania morświnów z różnych populacji?

Biologicznie nie powinny istnieć żadne przeszkody, ale zarówno znalezione różnice genetyczne, a także separowane przestrzennie rozmieszczenie morświnów w okresie rozrodczym wskazują, że do rozrodu dochodzi tylko w obrębie każdej z obu sąsiadujących populacji.

Jaki jest powód, dla którego morświny, które są znacznie liczniejsze w Cieśninach Duńskich, nie żyją stale w Bałtyku właściwym?

Nie wiemy. Natomiast dla tego gatunku tworzenie odrębnych sąsiadujących ze sobą populacji może być cechą jego strategii przetrwania. W północnej części Atlantyku i okalających go morzach mamy minimum 14 takich populacji. Specyficzne warunki środowiskowe Morza Bałtyckiego, w tym niskie zasolenie, wysoka zmienność termiki wód, odmienna baza pokarmowa, wymagały i wymagają odpowiedniego przystosowania. Unikanie przez „duńskie” morświny dłuższego pobytu w Bałtyku zostało potwierdzone przez wieloletnie badania telemetryczne, które śledząc wędrówki morświnów pokazują, że osobniki wpływające na Bałtyk niemal natychmiast wycofują się na swoje tereny.

Można czasami usłyszeć głosy, że nie ma bałtyckiej populacji tego gatunku. Jako jeden z powodów podają pokrywę lodową w czasie srogich zim?

Można usłyszeć różne poglądy, ale nie maja one nic wspólnego z rzeczywistością. Są to poglądy typu: nie widziałem, więc nie ma. Wypowiadają je głównie osoby, którym zdaje się, że ochrona gatunku musi kolidować z ich komercyjnymi przedsięwzięciami. Są wśród nich także przedstawiciele tych środowisk rybackich, które wiedzą, że stosują niebezpieczne dla morświnów narzędzia połowowe – stawne sieci skrzelowe. Obawiając się ograniczeń swojej działalności, związanych z potrzebą eliminacji przyłowu jako śmiertelnego zagrożenia dla morświnów, zdają się udowadniać za wszelką cenę, że morświnów nie ma, więc nie ma takiej potrzeby. Zamarzanie Bałtyku stało się w pewnym momencie ich ulubionym argumentem w tej walce, choć to, co mówią nie znajduje pokrycia w naukowych faktach. Bałtyk prawdopodobnie nigdy w historii nie był całkowicie pokryty litym lodem. Przynajmniej nie ma na to stuprocentowych dowodów. Morświny mogły wprawdzie ginąć uwięzione w lokalnych pułapkach lodowych, ale zwierzęta te potrafią unikać lodu. Są przecież populacje żyjące w norweskich fiordach czy w rejonie Grenlandii. W historii naszego morza było wiele srogich zim, ale i morświny były tu zawsze. Nie tak dawnym przykładem są zimy z lat 20. i 30. XX wieku. Trzeba wiedzieć, że gatunek taki jaki morświn, potrzebuje paru tysięcy lat na wykształcenie genetycznej odrębności. Jeśli pokrywa lodowa na przykład w latach 1940. skułaby 100% powierzchni Bałtyku, nie dając morświnom żadnej szansy na przeżycie, nie odnaleźlibyśmy tak znaczących genetycznych różnic wśród osobników żyjących tu współcześnie.

Co tak naprawdę zagraża najbardziej bałtyckim morświnom?

Eksperci w wielu krajach wskazują, że w przypadku Bałtyku mamy do czynienia z nadmierną całkowitą śmiertelnością morświnów wobec ich zdolności rozrodczych. Mniej się ich rodzi niż ginie. Za kluczowe, śmiertelne zagrożenie uznaje się przyłów, jaki wynika ze stosowania obecnie bardzo dużej ilości stawnych, a w przeszłości – dryfujących, sieci skrzelowych o dużych oczkach. Stanowią one niewidoczne dla sygnałów echolokacyjnych morświna pułapki, w które zwierzęta się zaplątują i niestety najczęściej giną. Wśród innych znaczących zagrożeń jest też nadmierny podwodny hałas, płoszący zwierzęta z siedlisk i żerowisk, ale także mogący spowodować zerwanie więzi pomiędzy matką a potomstwem, nie dając mu szansy na przeżycie. Biorąc pod uwagę, jak niewiele dzieci może wydać na świat morświnowa „mama” ze względu choćby na krótkie życie morswinów, późno osiąganą dojrzałość płciową i długi okres odchowania cieląt, każda taka strata jest znaczącą stratą dla populacji. Do zagrożeń zaliczyć należy także zanieczyszczenia, osłabiające system odpornościowy zwierząt i narażenie ich na choroby, nierzadko śmiertelne. W dobie coraz intensywniejszych planów zagospodarowywania przestrzeni morskiej duże niebezpieczeństwo tkwi też w utracie siedliska – spokojnych, obfitych w pokarm rejonów morza - coraz częściej i w coraz większej skali zajmowanego przez człowieka w różnych celach – od gospodarczych po agresywną formę turystyki. Żeby morświny w Bałtyku przeżyły, podstawowym warunkiem jest zrozumienie, ze to one są prawowitymi mieszkańcami morza i człowiek powinien okazać im szacunek, co najmniej uwzględniając jego obecność i prawo do przestrzeni, a potem także redukując szkodliwe skutki swojego działania. Dotyczy to każdego gatunku i siedliska morskiego.

Przyłów, czyli przypadkowe złowienie w sieci rybackie. Dlaczego spada liczba raportów o przyłowie, zgłaszanym przez rybaków?

Rybacy po wielu latach dobrej współpracy, po wejściu Polski do Unii Europejskiej niemal całkowicie zaprzestali zgłaszania przyłowu, tłumacząc to niebezpieczeństwem wprowadzenia nowych restrykcji połowowych. Rozporządzenie unijne, który za aprobatą ministrów odpowiedzialnych za rybołówstwo wycofało z użycia na Bałtyku, służące do połowu ryb łososiowatych dryfujące sieci skrzelowe wprawdzie odwoływało się do potrzeb ochrony morświnów, ale de facto nie tylko one były powodem tego ograniczenia. Tymczasem brak takich raportów to brak wiedzy na przykład o okolicznościach przyłowu, zatem i trudności w poszukiwaniu odpowiednich rozwiązań, które by pogodziły potrzeby rybaków z ochroną przyrody. Zwykle tak jest, że gdy nie ma szans na dane do poszukiwania nowych rozwiązań technologicznych, administracja sięga do narzędzi prawnych.

Jak temu przyłowowi można zapobiec? Czy wszystkie sieci są groźne dla morświnów?


Groźne są przede wszystkim stawne sieci skrzelowe o dużych oczkach. Mogą być wystawiane przy dnie, w toni lub przy powierzchni, w zależności od gatunku i wielkości ryby, będącej celem połowu. Im większe oczko sieci, tym łatwiej się morświnowi w nią zaplatać. Morświny mają na tyle duże płetwy piersiowe, grzbietową czy ogonową , że o sieci z małymi oczkami trudno się im zaczepić. W sprzyjających okolicznościach morświn „odbija się” od nich jak od elastycznej ściany. Za najbardziej skuteczną metodę unikania przyłowu morświnów uważa się oczywiście zaprzestanie stosowania tych rodzajów sieci. W wielu krajach takie obszary są już wyznaczane. Ale jest też metoda inna, oparta o znajomość zachowania i biologii gatunku oraz nowoczesną elektronikę. To tzw. pingery – urządzenia ostrzegające morświny dźwiękiem, że zbliżają się do przeszkody. Skuteczność jej szacuje się na około 90%. Oczywiście jest skuteczna, gdy się ją stosuje. W Polsce sektor rybołówstwa mało się do tego kwapi, choć dziwi, że sami rybacy nie chcą pozbyć się tego problemu. Pomijając etyczną stronę niepotrzebnego zabijania - mimo, iż wiadomo o niebezpieczeństwie związanym z użyciem takich sieci, przyłów jest uznawany za zabijanie nieintencjonalne - jest to bez wątpienia kłopot ekonomiczny, związany choćby z koniecznością wyplątywania przyłowionych zwierząt z sieci czy wręcz strat w sieciach.

Poza pingerami, wydającymi się najprostszą metodą, w grę wchodzą także tzw. alternatywne narzędzia połowowe, które jednak w warunkach polskich łowisk i poławianych gatunków musiałyby zostać najpierw przetestowane, a nowa ich konstrukcja wręcz wymyślona.

Ile morświnów żyje w Bałtyku właściwym, a ile mogło żyć dawniej?

Dzięki ostatnim badaniom, wykonanym w ramach międzynarodowego projektu SAMBAH, liczebność bałtyckiej populacji morświnów, według wstępnych analiz oszacowano na zaledwie około 450 osobników. Liczba ta jest zbliżona do oszacowań wcześniejszych - od około 100 do 600 -wykonywanych innymi metodami i na podstawie monitorowania mniejszych części Bałtyku.

Patrząc bardzo zgrubnie na skalę przyłowu, jaką mieliśmy w latach 20. i 30. XX wieku w Polsce, głównie na Zatoce Gdańskiej, i liczbę zgłoszeń o przyłowie, jaką dysponujemy z polskiej strefy Bałtyku po roku 1950, można przypuszczać, że mamy do czynienia ze stukrotnym spadkiem liczebności bałtyckiej populacji morświnów.

Jak często rodzą samice morświna i ile cieląt przypada średnio na jedną samicę w Bałtyku?

Samice teoretycznie mogą być gotowe do rozrodu każdego roku, ale zdarza się, że dzieje się to jedynie co dwa lata, gdyż cielę potrafi pozostawać u boku matki nawet ponad rok. Biorąc pod uwagę późną dojrzałość płciową w wieku co najmniej 5-6 lat, a średni czas życia morświna szacując na kilkanaście lat, na jedną zdolną do rozrodu samicę w ciągu jej życia przypada maksymalnie 4-6 cieląt.

A może sposobem na uratowanie bałtyckich morświnów jest wprowadzenie osobników odłowionych z innych populacji?

Taki zabieg można rozpatrywać w przypadku małej populacji, która dla przeżycia potrzebuje tak zwanej świeżej krwi, na przykład ze względów zdrowotnych występujących na skutek utraty różnorodności genetycznej. Kondycja morświnów z Bałtyku jest tymczasem dobra, nie różni się od kondycji osobników z innych populacji.

To może rozród w warunkach hodowlanych?

Ten sposób w przypadku morświnów raczej nie wchodzi dziś w rachubę. Morświnów w Bałtyku jest już zbyt mało, żeby podejmować próby ich pozyskania, czyli odebrania środowisku, w celu rozrodu hodowlanego. Nawet, gdyby się to udało, to wprowadzanie dzikich zwierząt do niewoli jest bardzo ryzykowne, nie mówiąc już o kontrowersyjności takiego zamierzenia, i nie można zagwarantować sukcesu rozrodczego. To zwierzęta bardzo wrażliwe, ulegające łatwo silnym stresom. Aby uratować bałtycką populację należy przede wszystkim zacząć od minimalizowania oddziałujących na nią antropogenicznych zagrożeń, tymczasem trudno powiedzieć, żeby w tej kwestii coś się działo.

Czy możemy uznać morświny za sprzymierzeńców rozwoju turystyki i aktywnych form wypoczynku nad morzem, takich jak nieagresywne formy sportów wodnych – windsurfing, żeglarstwo i im podobne?

Oczywiście. Na takiej samej zasadzie jak bird-watching, whale-watching czy foto-safari. Z tego typu przyrodniczych pro-turystycznych produktów w wielu częściach świata lokalne społeczności czerpią większe zyski niż z eksploatacji i polowań. Są jednak pewne warunki. Obiekty obserwacji muszą istnieć i nie będą nimi nigdy te zwierzęta, które się wypłasza czy niepokoi w miejscach, które zasiedlają. To pozornie łatwe, a w rzeczywistości trudne, gdyż wielu z nas zadawala się obserwacjami przyrody na ekranach telewizorów nie zdając sobie często sprawy, że może wystarczyłoby wyjść z domu, aby z taką samą przyrodą obcować we wspólnym środowisku.

Dziękuję za rozmowę.



Podpisz apel na godzinadlaziemi.pl
Trwa ładowanie komentarzy...